Rozdział 13 (ostatni): William. / MonikaSK

publixo.com 2 godzin temu

Rozdział 13
William.

Odcinek zaczyna się spokojnie, z melancholijną muzyką w tle, zespół Liberty Fade – poza Ville zbiera się potajemnie w domu Roberta, w tym samym, w którym prowadzi warsztat motocyklowy. Emma poprosiła ich o spotkanie bez szczegółów. „Po prostu przyjdźcie. Bez celebryty.” Nic więcej nie napisała. Powoli wszyscy schodzą się do salonu. Dziewczyna stoi przy oknie z założonymi rękami, milcząca, napięta. Jej wzrok przeskakuje między gałęziami drzew za szybą, jakby czegoś tam wypatrywała, ale myślami jest wyraźnie gdzie indziej. Rob rozsiadł się po drugiej stronie kanapy. Trzyma metalowy kubek z kawą, plecy wyprostowane, ale wzrok wbity gdzieś w przestrzeń między sofą a stołem. Thomas siedzi już na poręczy, luźno, balansując nogą. W dłoni obraca zapalniczkę, przesuwa ją po palcach z wprawą. Paul wchodzi ostatni. Nie mówi ani słowa, podchodzi prosto do gitar ustawionych w kącie. Przez chwilę tylko patrzy, jakby każda z nich miała mu coś powiedzieć. W końcu wybiera jedną – tę ze startym lakierem. Siada ciężko w fotelu, poprawia się, opiera gitarę na kolanie. Brzdąka kilka pojedynczych dźwięków. Nikt się nie spieszy. Nikt nie zaczyna rozmowy. Ale wszyscy czują, iż coś jest nie tak.
– Nie wiem, co się z nim dzieje, ale się martwię – mówi Emma cicho, patrząc gdzieś poza szybę. – Od kilku dni wieczorami nie wychodzi z pokoju, czasem znika w ciągu dnia, nie ma go w pracy. I całą sobotę z Robem zajmowaliśmy się Amidalą, bo jaśnie pan gdzieś pojechał. Kręci, iż to jego „odchył artystyczny’’ – dodaje, robiąc palcami cudzysłów w powietrzu.
Rob odstawia kubek z hukiem na blat.
– Wszyscy chyba wiemy, jak wygląda faza artystyczna Villego. Albo śpi pod fortepianem i płacze, albo – wręcz odwrotnie – brzdąka zadowolony, coś nagrywa w studiu, drapie się po głowie i mówi, iż „to będzie dobre, ale jeszcze nie teraz”. A tu? Jakaś krzywa akcja.
– Może chodzi o dziewczynę? – wtrąca Paul.
– Gdyby chodziło o dziewczynę, to by mi powiedział – mówi Thomas z pełnym przekonaniem. – Albo dał jakiś znak. A relacje między nami... w związku emocjonalnym – akcentuje z lekkim przymrużeniem oka – nie zmieniły się.
Emma wzdycha i opiera się plecami o futrynę.
– Może ma nowy projekt w głowie. Nie wiem – biznes, koncept na zespół, coś artystycznego. Ville nie zawsze wszystko nam mówi.
– Gdyby miał – dodaje Paul. – To by o coś pytał, coś konkretnego przeglądał. A on... znika w ciągu dnia, czasem wieczorem, spóźnia się na próby, jest jakiś, nie wiem... zmęczony. Rozkojarzony.
Przez chwilę nikt się nie odzywa. W tle słychać odgłos motocykla za oknem. Wreszcie Robert sięga po marker i podchodzi do tablicy, na której rozpisany jest już nieaktualny harmonogram imprez w klubie. Zamaszyście wszystko ściera.
– Czas rozpocząć śledztwo – rzuca wesoło.
Na twarzach pojawiają się pierwsze uśmiechy, jakby ktoś odetchnął z ulgą. Wszyscy rozluźniają się nieco.
– To co wiemy. Od kiedy tak dziwnie się zachowuje?
Emma marszczy brwi i podchodzi bliżej. Opiera się biodrem o róg kanapy i krzyżuje ręce.
– Gdzieś od początku października.
Zaczynają analizować szczegół: jak często wyjeżdża, czy korzysta z taksówek, czy bierze samochód, ile razy spóźnił się do pracy. Rozmowa się przeciąga, krąży wokół tych samych wątków, ale nie prowadzi do żadnych wniosków. Nie trafiają na żaden punkt zaczepienia. Zniknięcia Villego są nieregularne, pozbawione schematu, nie dają się ułożyć w żadną logiczną całość. Robert zapisuje kolejne hipotezy na tablicy, wypełnia ją niemal po brzegi, by po chwili część z nich bezlitośnie skreślić.
– Albo ma kolejne dziecko, o którym się właśnie dowiedział – rzuca Emma pół żartem, pół serio.
– Raczej by tego nie ukrywał – mruczy Thomas. – Poza tym, iż wieczorami na próbach był trochę zmęczony, to nie wygląda na nieszczęśliwego. Kolejne dziecko by go na pewno… załamało.
Emma krzywi się i macha rękoma w powietrzu, jakby odganiała natrętną myśl.
– Zostawmy ten temat. Aż mnie ciarki przechodzą. To nie o dziecko chodzi.
– Patrząc na jego aktywności, może chodzić choćby o cały pluton dzieci – dodaje Thomas.
– Bądźmy poważni – mówi Emma tonem nie znoszącym sprzeciwu na co pozostali reagują udawanym zażenowaniem.
– Czy przyszła do niego jakaś korespondencja ostatnio? – pyta w końcu Robert. – Do firmy lub do domu, którą ukrył?
– Nie kojarzę.
Chłopak natychmiast zapisuje na tablicy hasło ,,prace społeczne’’.
– Prace społeczne? – dziwi się Thomas. – Po co by to ukrywał? Libertyn i prace społeczne? Świetny materiał na odcinek.
– On bierze ze sobą laptopa… tak, bierze laptopa! – przypomina sobie Emma z nagłą pewnością, prostując się.
Thomas unosi palec, jak profesor na wykładzie.
– Po cholerę mu komputer? Libertyn to cymbał elektroniczny!
– A może tam gdzie jeździ musi mieć laptopa? – podsuwa Paul. – Może zapisał się na kurs programowania albo obróbki zdjęć!
Wszyscy zanoszą się śmiechem. Thomas łapie się za brzuch, Emma chowa twarz w dłoniach.
– Mój braciszek choćby justować tekstu nie potrafi, a ty wyjeżdżasz z programowaniem czy Photoshopem… Moim zdaniem możemy tu dywagować do jutra. Trzeba go śledzić.
– Zakradnijmy się najpierw do jego gabinetu – proponuje Paul.
– Nie ma problemu. Dziś o północy. Mam nadzieję, iż nie będzie siedział w studiu.
Obraz na sekundę ciemnieje, by po chwili ukazać czarne BMW sunące pustymi ulicami, rozświetlanymi tylko nielicznymi latarniami. Auto skręca w stronę RRstudio i toczy się niemal bezszelestnie. W środku panuje gęsta cisza, przerywana co jakiś czas nerwowym chichotem i szeptanymi uwagami. Na kolanach Roberta spoczywa paczka czarnych kominiarek. Przerzuca je z jednej ręki do drugiej, jakby ważył, komu najpierw wręczyć maskę. Boczne światło z deski rozdzielczej podkreśla napięcie w jego szczęce – mieszaninę ekscytacji i poczucia absurdu całej sytuacji.
– Serio, chyba żeście oszaleli – mówi Emma, patrząc z niedowierzaniem na swojego chłopaka – Mam klucze. I kod do alarmu. To nie jest włam.
– Ale będzie dobry kontent do odcinka – odpowiada Rob z miną konspiratora. – Czego się nie robi dla widzów.
– Niech będzie. Jak wyglądam? – pyta, zakładając kominiarkę.
– Jak szefowa gangu cukierkowych terrorystów.
Podjeżdżają pod bramę. Dziewczyna wciska guzik na pilocie, metalowa krata zgrzyta nieprzyjemnie, rozchylając się powoli. Thomas kieruje auto na tyły budynku, w stronę drugiego wejścia, zatrzymując się przy nikłym świetle lampy ulicznej. Gaszą silnik. Wysiadają szybko, niemal instynktownie pochylając głowy, jakby ktoś mógł ich obserwować. W rękach błyskają latarki – ich drżące światła omiatają mokre od rosy chodniki i ceglane ściany. Wchodzą bocznym wejściem. Emma wpisuje kod na panelu przy drzwiach i dezaktywuje czujniki. W środku słychać tylko szum wentylatorów serwerowni i monotonne buczenie zasilaczy awaryjnych. Cała czwórka w ciszy, jak złodzieje, przemykają przez korytarze, aż docierają do gabinetu Villego, pomieszczenie wygląda na uporządkowane, wręcz sterylne. Lampka na biurku, notatki, plik żółtych karteczek, kalkulator, regały z dokumentami.
Paul pierwszy podchodzi do szuflady.
– O rany… cała szuflada karteczek – mówi z niedowierzaniem. – Ma choćby pachnące! – Wącha jeden plik. – Wanilia.
Emma doskakuje do niego, jakby ratowała dokumenty z pożaru.
– Zostaw to! On ma wszystko wyliczone. jeżeli coś przestawisz, będzie wiedział.
Rob przegląda biurko, aż jego wzrok zatrzymuje się na dobrze znanym kalkulatorze.
– To ten jego słynny kalkulator z dużymi przyciskami… – mruczy. – Co ostatnio bardzo go zachwalał, wręcz zareklamował i to za darmo. Ciekawe, ile wzrosła sprzedaż. Pewnie dystrybutor jest wdzięczny.
Paul przegląda kolejną szufladę.
– Tu tylko papiery… fundacja, projekty, wszystko wygląda normalnie. – Na moment milknie. – No, no… jak to się mówi, Libertyn nie próżnuje choćby w pracy.
Rob unosi brew i podchodzi bliżej.
– Nie mów, iż znalazłeś to, o czym myślę.
– A o czym myślisz? – pyta Emma zajęta przeglądaniem książek.
Paul delikatnie podnosi małe, srebrne opakowanie, które błyszczy w świetle latarki. Nie mówi nic, tylko unosi je między palcem a kciukiem. Thomas gwiżdże cicho i odwraca wzrok, ledwie powstrzymując śmiech. Rob powoli obraca się w stronę Emmy. Ich spojrzenia się spotykają.
– Ciekawe, do jakiego projektu jest mu to potrzebne – mruczy Paul i odkłada opakowanie z powrotem na miejsce.
– Ciekawe… Matematyka: podstawowe pojęcia i techniki. Po co mu to? – pyta Thomas wyciągając opasłą książkę z innej szuflady.
– On ciągle coś liczy – mruczy Paul. – Może do tych swoich kalkulacji?
– Albo trop – mówi Robert.
– Coś zaznaczył – zauważa Emma robiąc zdjęcie okładki. – Kółkiem. I podkreślenie.
– Jeszcze jedna szuflada została – przypomina sobie Paul. Zagląda. – O, cukierki!
Każdy bierze po jednym. Cichutko chrupią, kiedy nagle rozlega się piskliwy alarm. Czerwone światła pulsują. Wszyscy zamierają.
– Cholera! – rzuca Emma. – Ktoś nacisnął panikę?!
Otwiera aplikację w telefonie, nerwowo przewija ekran.
– Już wiem! Zapomniałam, iż mamy nowy system ochrony. Alarm sam się włączył. Cholerne kominiarki i cholerne AI!
Schodzą na dół, starając się zachować spokój, ale gdy tylko wychodzą na zewnątrz, reflektory samochodu ochrony oświetlają ich twarze.
– Stać! – pada rozkaz. – Hasło!
Emma zamiera.
– O kurwa… nie znam hasła! Ja tu pracuję! Wszystko okej!.
– Hasło – powtarza ochroniarz, zbliżając się.
– Jesteśmy… sławni?
– To ma być hasło?! – prycha ochroniarz. – Wyłączcie te kamery! Co to ma być?
– Ja… nie wiem… – zaczyna gubić się we własnych myślach.
– Kochanie, uspokój się – mówi Robert, trzymając ją za rękę. – Zadzwoń do kogoś, kto zna hasło. Pan z ochrony na pewno poczeka.
Obraz znika. Słychać tylko głosy.
– Cześć, tatku… Wiem, iż jest późno, ale możesz podać hasło do RRstudio? Przez przypadek włączyłam alarm…Dzięki… A jaką macie pogodę w Helsinkach?... Tak, wiem, iż późno… Pogadamy jutro. Kocham cię. Dobranoc.
Obraz wraca. Wszyscy już bez kominiarek, trochę spoceni, rozbawieni i wyraźnie zmęczeni. Emma opiera się o ścianę.
– Myślałam, iż dostanę zawału.
– Hasło „jesteśmy sławni” chyba nie przemówiło do ochrony – rzuca Thomas z ironią. – Dobrze, iż nas nie spałowali.
– Dobra, wracamy – decyduje stanowczo Paul. – Jutro śledzimy Libertyna. A teraz – spać.
Kamera przenosi się do salonu Roberta, gdzie ponownie spotyka się zespół – bez Villego. Pomieszczenie spowija półmrok. Zaciągnięte zasłony tłumią światło dzienne, a z głośników sączy się przyciszona playlista z poprzedniego wieczoru. Na stoliku stoją niedopite kubki po kawie, a atmosfera przypomina raczej poranek po burzy niż zwyczajną rozmowę. Emma siedzi w fotelu z laptopem na kolanach.
– To mamy tylko tę książkę – odzywa się cicho, jakby nie chciała, by jej słowa w ogóle wybrzmiały.
Podłącza komputer do systemu. Po chwili jedno ze zdjęć pojawia się na dużym ekranie zawieszonym na ścianie. Krótkie piknięcie potwierdza połączenie.
Robert podchodzi bliżej telewizora. Przysuwa się, wskazując palcem jedno z kolejnych zdjęć – to, na którym widać zakreślenie na dole strony.
– Popatrzcie tu. Pieczątka.
– Londyński Instytut Ekonomii Stosowanej i Matematyki – Thomas czyta na głos mrużąc oczy.
– Książka z biblioteki? – mruczy Emma. – Mój braciszek i biblioteka to kiepskie połączenie. Gdyby była mu potrzebna do pracy, po prostu by ją kupił, a nie wypożyczał.
Thomas zerka na telefon, skroluje kilka razy ekran.
– Ten Londyński Instytut to prywatna uczelnia i ma dobre opinie.
Zawiesza głos. Przez moment wygląda, jakby sam nie wierzył w to, co chce powiedzieć.
– Słuchajcie… a może on… studiuje? To by pasowało, chyba. Pamiętam, iż rok akademicki w Niemczech zaczynał się w październiku.
– Faktycznie – wtrąca Emma. – Tu w UK jest podobnie. A prywatna uczelnia… na państwową ze słabymi ocenami z liceum mógłby się nie dostać.
– Czas ruszyć tyłek i go śledzić – mówi Rob. – Może dziś znowu zniknie. Jedziemy do RRstudio. Weźmiemy motocykl – w razie czego łatwiej go dogonimy.
Thomas rzuca spojrzenie na Paula i kiwa delikatnie głową.
– Może pojedziemy do pałacu i poszperamy mu w pokoju… – urywa, krzywiąc się lekko. – Choć nie wiem, czy chcę to robić. To trochę…
– Narusza jego prywatność – wtrąca Paul. – Grzebanie mu w biurku w pracy to co innego – tam każdy ma dostęp, pewnie nie raz ktoś szukał jakichś dokumentów firmowych. Ale szperanie w sypialni…
Zapada cisza. Wszyscy spuszczają wzrok, jakby dopadło ich to samo uczucie – moment refleksji, iż coś może wymknąć się spod kontroli.
Emma przeciera twarz dłonią i mówi już zupełnie rzeczowo:
– No dobra. To my z Robem jedziemy do pracy, może coś się wydarzy, a wy koczujcie na niego w domu.
Kamera powoli odjeżdża. Na ekranie wciąż widnieje powiększone zdjęcie z pieczątką uczelni i zakreślonym fragmentem strony. W tle rozlega się kliknięcie zamykanej klapy laptopa, a chwilę później – skrzypnięcie krzesła. Obraz staje się coraz ciemniejszy.
Po sekundzie wraca światło – słońce odbija się od metalowego błotnika motocykla, który wjeżdża na podjazd RRstudio. Silnik cichnie, a przez moment słychać tylko szum ulicy i dźwięki miasta: klakson gdzieś w oddali, urywany śmiech grupy nastolatków przechodzących obok. Emma zdejmuje kask, zarzuca włosy na ramię. Rob zsuwa rękawiczki, ruszają do środka i wchodzą po schodach na trzecie piętro, gdzie mieści się biuro fundacji. W korytarzu mijają Villego, który właśnie kończy rozmowę z menadżerem. Na ich widok chłopak uśmiecha się szeroko, niemal z figlarną pewnością siebie. Przychodzi do gabinetu Emmy, gdzie ona już siedzi przy biurku, a Robert opiera się o parapet z rękami w kieszeniach.
– Dlaczego włączyłaś alarm w nocy i zadzwoniłaś do ojca z pytaniem o pogodę w Helsinkach?
Emma zamiera. W głowie próbuje przywołać cokolwiek, co mogłoby brzmieć wiarygodnie, Rob chce coś powiedzieć, ale dziewczyna jest szybsza.
– Zgubiłam portfel – mówi z lekkim zdenerwowaniem. – Na szczęście znalazł się tutaj.
Rob przymyka lekko oczy jakby wiedział, iż jej kochany braciszek tak tego nie zostawi.
– Portfel… Nie wnikam – mruczy z udawaną powagą. – Ale nasza firma jest porządna i to nie miejsce na… gubienie portfela. No cóż, na drugi raz możesz zadzwonić do mnie po hasło. Znam je. Aha – dodaje z uśmiechem – i ojciec też cię kocha.
Odwraca się i wychodzi, a za nim zatrzaskują się drzwi. Przez moment w gabinecie zapada cisza. Emma bierze głęboki oddech.
– Gnojek. Będzie mówił, co jest porządne, a co nie. Niech się lepiej przyjrzy zawartości swojego biurka.
Teraz już silnik motocykla ryczy, powietrze drży. Rob i Emma przeciskają się między autami, śledząc czarnego firmowego mercedesa przez ulice Londynu. Po kilku minutach zatrzymują się nieopodal niewielkiego kampusu, ukrytego wśród starych domów i zieleni i widzą, iż Ville wychodzi z auta i z nonszalanckim uśmiechem podchodzi do grupki studentek. Jedna z dziewczyn chichocze z jego żartu, inna odruchowo poprawia włosy. Libertyn rozmawia z nimi jak równy z równymi – swobodny i pewny siebie..
– jeżeli tam wejdziemy, to nic to nie da – mruczy Robert, nie odrywając wzroku od drzwi. – Pewnie zniknie gdzieś w sali i tyle. No i te dziewczyny…
– Gdybym nie zobaczyła tej książki, to bym pomyślała, iż przełączył tryb Libertyn wyrywa imprezowiczki na Libertyn wyrywa studentki.
– Czyli studiuje… albo jednak wyrywa studentki. Jak to ostatecznie potwierdzić? I dlaczego nic nam nie mówi, przecież pytaliśmy co robi kiedy znika.
– Może sam chciał, żebyśmy się zainteresowali – mówi Emma cicho. – Wiesz, jaki on jest. Lubi podpuszczać ludzi. Pewnie już przejrzał monitoring, widział nas i ma polewkę.
Kamera płynnie przesuwa się przez korytarz pałacu Rathorehouse. W głównym holu przy eleganckich sofach siedzą Emma, Rob, Thomas i Paul. Wszyscy milczący, pogrążeni w zamyśleniu. Ville schodzi po marmurowych schodach jak książę, niemal scenicznym krokiem, trzymając w dłoni swój ulubiony bidon w kwiaty.
– Hej, co tam. Co macie takie posępne miny?
Zanim zdąży usiąść, Rob bez słowa zabiera mu bidon i stawia go na stoliku. Następnie łagodnie, ale stanowczo sadza go na fotelu.
– Słuchaj – mówi z wyczuwalnym napięciem. – Powiedz szczerze i nie kręć. Studiujesz czy wyrywasz studentki?
– Wyrywam.
Emma zamyka oczy, przeczesując dłonią włosy.
– Nowe hobby? Brat, jesteśmy zespołem… Śledziliśmy cię.
Libertyn zaczyna się śmiać – tak szczerze, iż aż zsuwa się z fotela, opierając czoło o dywan.
– Dla mnie też macie kominiarkę? – chichocze. – I zżarliście mi cukierki!
Wybucha ogólny śmiech. Thomas pokłada się na poduszce, Paul kręci głową, Emma parska przez nos. Ale po chwili poważnieje.
– Brat… musieliśmy się dowiedzieć. Ale powiedz – to prawda?
Ville uspokaja się, siada z powrotem na fotelu i bierze głęboki oddech. Jego twarz łagodnieje.
– Wiedziałem, iż prędzej czy później to wyjdzie na jaw. Ale skoro już się napracowaliście… Tak. Matematyka stosowana.
Zapada cisza. Paul mruga, Robert rozdziawia usta. Emma patrzy na brata z mieszaniną szoku i podziwu.
– Okej. Rozumiem i nie oceniam – mówi Thomas przysiadając się obok niego. – Ale jak ty to sobie wyobrażasz? To przecież tona pracy. A tu próby, trasa, fundacja i do tego jesteś ojcem…
– Myślałem, iż dam radę. Zaocznie, z indywidualnym planem, część online… Ale teraz wiem, iż to mnie przerasta. Chyba się poddam.
Emma podchodzi powoli, klęka przy jego fotelu i łapie go za rękę.
– Czemu w ogóle to zrobiłeś?
– Bo chciałem… żeby Ami była ze mnie dumna. Nie tylko z koncertów, z blasku. Żeby widziała we mnie kogoś więcej, nie tylko… celebrytę.
– Hej… chciałeś spróbować, to już dużo. Ale nie musisz rezygnować od razu. Będę się uczyć razem z tobą. Pamiętasz, iż byłam kujonem? Damy radę. A jak nie – to odpuścisz, bez presji.
Ville kiwa głową, poruszony. Zaciska usta, żeby nie pokazać, iż się wzruszył. Paul przysiada się z drugiej strony i obejmuje go ramieniem.
– Miałem studiować ekonomię, spróbuje ci pomóc – rzuca z uśmiechem.
– No i świetnie – mruczy Thomas. – Teraz zamiast imprezować w trasie koncertowej, będziemy uczyć się dodawania. Ale fakt, Ami będzie z ciebie dumna.
Robert nachyla się i klepie Libertyna po ramieniu.
– Ale ja ci nie pomogę. Z matmy jestem noga. Za to mogę ci ponosić książki. Zawiesza się chwilę. – Albo bidon.
Obraz powoli ciemnieje. Odcinek kończy się.

Mia siedzi na skraju kanapy, z kubkiem herbaty w dłoni i spogląda na swoje dzieci.
– Pamiętam to, było bardzo poruszające – mówi cicho. – I byłam dumna nie tylko dlatego, iż mój syn, zakała szkoły podjął studia, ale iż miał taką piękną motywację i iż go wsparliście w tamtym czasie.
– To też pokazało siłę Liberty Fade – przyznaje Rami. – No i mu się udało, mamy w domu licencjata matematyki.
Libertyn z dumą szczerzy się, jakby miał na sobie niewidzialny laur zwycięzcy, i teatralnie unosi głowę.
– Prawda jest taka, iż gdyby nie Anna, to bym nie dał rady… Znaczy, może bym dał, ale na pewno nie skończyłbym w terminie. I nie wiem, czy w sumie miałbym tyle determinacji.
Wszyscy zgodnie przytakują, poza francuską częścią rodziny. Ciotka Juliettee, siedząca w fotelu pod oknem, marszczy brwi i wpatruje się w Villego z lekkim zdziwieniem.
– Co to za Anna?
– Po wszystkim zaczęliśmy zastanawiać się co dalej. Bo Thomas, podchodząc sceptycznie, miał rację. Koncerty, nagrania, próby, praca w RRstudio i rodzicielstwo – to było bardzo dużo jak na jedną osobę. Zaczęliśmy robić plan. I prawda była taka, iż mi to się w sumie nie chciało uczyć.
– Postanowiliśmy znaleźć mu korepetytorkę – wtrąca Mia. – To miała być dziewczyna po studiach, skromna, mądra i dyskretna.
– Poszedłem do dziekana, powiedziałem, iż ze względu na pracę będę musiał pewnie mieć jakieś wsparcie i iż szukam osoby, która mi zwyczajnie pomoże. Dziekan wskazał kilka osób z celującymi ocenami. Wybrałem Annę – typową matematyczkę, kujonkę jak z amerykańskiej komedii o collegu. Dogadałem się z nią, zatrudniłem ją w LFL jako specjalistkę ds. wsparcia rozwoju osobistego – ładnie brzmiało. Anna musiała podpisać umowę o zachowaniu poufności.
Robert odchrząkuje i szturcha Rose w bok.
– To normalna praktyka, pamiętasz?
Dziewczyna śmieje się i kiwa głową, poprawiając się na poduszce. Ona też musiała podpisać taką umowę, jako pracownik ekipy technicznej programu. Zresztą NDA czyli umowy o zachowaniu poufności w takim towarzystwie jak Rianowie to coś normalnego – mają je wszyscy, nie tylko pracownicy, ale również ci, którzy chcą być zapraszani do ich domów, spędzać z nimi czas. Takie umowy dotyczą też partnerek chłopców z zespołu – Wendy, Sandry. W świecie show–biznesu to nic nowego. Poufność i dyskrecja to podstawa, gdy jest się na świeczniku. Ciotka Juliettee zna te zasady, kręgi, w których się obraca, rzadko pozwalają na swobodę. Wie, iż byle kto nie odwiedza domu indyjskiej arystokratki–miliarderki i jej męża gwiazdy rocka. Ale mimo to, sprawa Anny wyraźnie ją zaciekawiła.
– A co ta dziewczyna adekwatnie robiła?
– Jak to co? – pyta Robert. – Wszystko! Prace domowe, projekty, choćby licencjat mu napisała. Zrobiłeś choć jedną prezentację albo projekt sam?
– Przez trzy lata nie kiwnąłem palcem – przyznaje Ville. – Tylko iż musiałem się uczyć na egzaminy, bo inaczej nie dało się ich zaliczyć. Ale reszta to była sprawa Anny. Przecież wiecie, iż nie miałem kiedy studiować.
Rose obejmuje go lekko ramieniem, opiera głowę o jego bark.
– Byłam zazdrosna o Annę, bo Vivaan spędzał z nią dużo czasu… Zresztą, dziewczyna jeździła z nami w trasę. Pamiętam – LF grali koncert, a ona na backstage’u robiła jakieś zadania za niego na kolejne zajęcia. To była normalka.
Juliette kręci głową z niedowierzaniem, zaciskając usta w cienką linię. Przez moment jej spojrzenie pozostaje chłodne i zdystansowane, ale po chwili kiwa lekko głową bo doskonale rozumie, iż jej wnuk to człowiek żyjący według zupełnie innych zasad, niepasujących do świata, który ona zna.
– Pierwsza w nocy – wspomina Rami z nostalgią w głosie. – Telefon od Emmy o hasło do alarmu, a później pytanie o pogodę w Helsinkach!
Robert nie czeka ani sekundy – odwraca się teatralnie w stronę Emmy, prostuje się niczym aktor na scenie i przeciąga sylaby z wyższością godną mistrza dramatycznych pauz:
– Hmmm… jaka może być pogoda w Helsinkach w nocy… w październiku? Pewnie… jest… słonecznie.
– Poczułam się źle, tatuś nie był zadowolony i mnie ochrzanił.
– Ale twoje „kocham cię, tatku” mnie rozwaliło – mówi, łapiąc się za serce z udawaną czułością.
I nagle – szczęk klamki. Ciężki dźwięk otwierających się drzwi od strony holu. W progu staje wysoki, siwowłosy mężczyzna w ciemnym płaszczu przeciwdeszczowym i skórzanych rękawiczkach. Strzepuje krople z ramion, rozgląda się po salonie z lekkim zmieszaniem.
– Oj, chyba źle trafiłem… – mruczy. – Co tu tak kolorowo? I dlaczego choinka wygląda... tak dziwnie?
Zaraz po tym, jak dziadek Lauri z przekrzywioną głową przez cały czas rozważał, czy trafił do adekwatnego domu, i z entuzjazmem komentował „odważny, dziecięco–awangardowy kierunek artystyczny” w wystroju choinki, zaczęli schodzić się pozostali goście.
Z korytarza dobiegają głosy, skrzypią drzwi, ktoś woła przez pół domu, a z kuchni niesie się zapach cynamonu, imbiru i pieczonych ziemniaków. Szaliki fruwają, kurtki lądują na wieszakach, śmiech odbija się od drewnianych posadzek. W całym Rainhouse panuje gwar – rozmowy mieszają się z kolędami, dźwiękiem tłuczonych orzechów i stukotem talerzy. Ville i Rose korzystają z ostatnich minut spokoju, zanim ktoś zawoła ich do wspólnej kolacji. Cicho wymykają się z salonu, znikają za szklanymi drzwiami prowadzącymi do jednego z bocznych skrzydeł domu. Ona gwałtownie rozstawia kamerę na statywie, reguluje ostrość i kąt, jakby robiła to setki razy. W końcu siada razem z mężem w szerokim, industrialnym fotelu obitym grafitową skórą i zaczynają opowiadać o tym, iż choć Rianowie wyznają hinduizm, katolickie święta obchodzą co roku z dalszą rodziną i przyjaciółmi. Z miłości, z szacunku, z tradycji, którą sami tworzą. Następnie składają widzom świąteczne życzenia – proste, szczere, serdeczne i pełne śmiechu.
W międzyczasie goście zdążyli już zająć miejsca przy stole. Atmosfera jest ciepła i lekko podniosła. Światła choinki odbijają się w kieliszkach, a rozmowy cichną na moment, gdy... Amidala nagle wstaje i biegnie w stronę gabinetu. Po chwili wraca z czymś w rękach, dysząc lekko, z zaróżowionymi policzkami i rozwianymi włosami.
– Hej! Zapomnieliśmy o Williamie! – woła z przejęciem.
Wszyscy kiwają głowami, jakby właśnie przypomniano im coś absolutnie oczywistego. Czaszka zawsze towarzyszy rodzinie podczas świąt i większych uroczystości. To już nie tylko rytuał, ale niemal świętość. Jak czarna choinka migocząca srebrnymi światełkami w rogu salonu. Ville podchodzi do Ami z teatralną powagą i odbiera od niej czaszkę. Obraca ją w dłoniach, jakby sprawdzał, czy William przez cały czas jest „w formie”, po czym z namaszczeniem odstawia ją na komodę, tuż obok świątecznych dekoracji.
– Miejsce honorowe – mruczy pod nosem.
– Nienawidzę tej czaszki – rzuca Emma teatralnie się krzywiąc.
Ville uśmiecha się szeroko. Patrząc prosto w obiektyw, mówi z rozbawieniem:
– Z tą czaszką wiąże się interesująca historia.
Robi krótką pauzę, siada wygodniej na krześle. W jego oczach błyska znajome rozbawienie, jakby zaraz miał opowiedzieć coś zupełnie absurdalnego i zupełnie prawdziwego.
– Historia Williama jest taka… – zaczyna powoli, tonem gawędziarza.
Niespełna piętnastoletnia Emma wpadła do domu jak burza, trzasnęła drzwiami i z impetem rzuciła plecak w przejściu. Usiadła na pikowanej ławce w holu i bez słowa zaczęła cicho płakać, skulona, z dłońmi przy twarzy.
Mia zjawiła się natychmiast, słysząc szloch. Kucnęła przy niej zaniepokojona.
– Hej, kochanie… co się dzieje?
Emma nie odpowiedziała, tylko trzęsła się od cichych łkań. Mia delikatnie zaprowadziła ją do salonu, posadziła na kanapie i usiadła obok, przytulając mocno. Jej dłoń spokojnie wędrowała po plecach córki, nie pytając, nie nalegając – tylko była.
Z góry, zza szklanej barierki, sytuację obserwował dwunastoletni Ville. Przykładał czoło do szyby i niemal ją ślinił z ciekawości. Jego oczy błyszczały, zafascynowane dramatem, który rozgrywał się na dole. Przypominał kota na czatach – nieruchomego, ale gotowego do skoku.
Z gabinetu wyszedł Rami, przyciągnięty płaczem córki. Podszedł szybko, jego twarz była pełna gniewu, a w spojrzeniu widać było pytanie wiszące już na ustach.
– Zabiję gnoja. Przysięgam, zabiję. Który cię skrzywdził?
Emma podniosła głowę z ramienia Mii. Oczy miała czerwone, ale głos zabrzmiał zaskakująco stanowczo:
– Szekspir!
Rami zamarł na moment, jego twarz zastygła w pół grymasu. W następnej sekundzie eksplodował złością. Już sięgał po kurtkę, już odwracał się w stronę drzwi, już energicznie zdejmował kluczyki z wieszaka, gotów do działania.
– Chwila! – przerwała mu Mia, jakby właśnie się przebudziła z zamyślenia. – William Szekspir? Ten od dramatów i poezji?
– Tak, ten sam. Dostałam pałę z literatury.
Rami zatrzymał się jak zahipnotyzowany. Stał chwilę w milczeniu, po czym odłożył kluczyki z westchnieniem ulgi, ale w kąciku ust pojawił się cień rozbawienia.
W tym momencie Ville zbiegł z góry, promieniejąc zadowoleniem. Zatrzymał się przy siostrze i zaczął wokół niej taniec zwycięstwa.
– O tak! Zwycięstwo! – skandował. – Już nie jesteś taka idealna!
– Czyś ty oszalał? – spytała Mia z lodowatym spokojem. – Przy twoich miernych ocenach jej jedna pała to nic.
– Raczej dostatecznych – próbował się bronić.
– Idź, gnojku, odrabiać lekcje. Mama ma już dosyć chodzenia do twojego wychowawcy.
– Marsz do pokoju!
Ville westchnął teatralnie, spuścił głowę, mamrotał coś pod nosem, jakieś przekleństwo, i ruszył w stronę schodów.
– Ville! Słownictwo!
– Oczywiście, matko – odpowiedział przesadnie grzecznie, obracając się na pięcie. – Tylko iż jak ja dostaję złe oceny, to nikt mnie nie pociesza.
Rami pokręcił głową z politowaniem.
– Jesteśmy już do tego przyzwyczajeni. Do lekcji – już!
Ville zniknął na górze, a jego kroki dudniły dramatycznie. Mia znów usiadła przy Emmie, która cicho szlochała.
Rami obserwował obie, gdy upewnił sam siebie, iż chodzi o edukacje, zostawił je same wiedząc, iż jego żona załatwi tą sprawę najlepiej.
– Hej. Skąd ta zła ocena? – zwróciła się Mia do jeszcze szlochającej Emmy.
– Była kartkówka z Hamleta. A ja… przeczytałam Makbeta.
I wtedy łzy znów napłynęły do jej oczu. Zaczęła płakać, teraz już bez oporów. Mia na chwilę odwróciła głowę, jakby walczyła z uśmiechem. Zrobiła parę kroków w stronę okna, wzięła głęboki wdech, zebrała się w sobie.
– Spójrz na to tak: kiedy będziecie omawiać Makbeta, to ty już będziesz gotowa. Dostrzeż w tym strategię.
Następnie wstała, podała jej rękę i zaprowadziła do kuchni. Zrobiła gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Kilka minut później słychać było tylko rozmowy i plotki – ciche, lekkie, prawie jakby nic się nie stało.
Wieczorem tego samego dnia, gdy Emma siedziała w salonie z książką, a Mia w jadalni wertowała dokumenty, zszedł Rami, a za nim Ville, który skradał się przy ścianie, udając cień.
Rami podszedł do Emmy, spojrzał na nią z teatralną surowością i powiedział:
– Być czy nie być o to jest pytanie? – zrobił pauzę, zamyślił się na moment, po czym wypalił z pełną powagą: – Mia, chcę czaszkę!
Emma zaniosła się płaczem, Ville szczerzył zęby jak mały demon, a Mia opadła ciężko na krzesło i zakryła twarz dłonią.
Libertyn kończy swoją opowieść zastygając w szerokim uśmiechu.
– Kilka dni później ojciec naprawdę przyniósł czaszkę.
Wstaje, podchodzi do komody, bierze Williama w ręce i przez chwilę przygląda mu się z czułością.
– Od tego momentu William jest z nami.
Amidala przybija mu piątkę z powagą godną rytuału, a kamera zatrzymuje się na ich dłoniach. W tle słychać dzwonienie kieliszków i śmiech, który niesie się po całym domu.

Idź do oryginalnego materiału