Syndrom najlepszej uczennicy. Dlatego "trójkowi" uczniowie mogą lepiej radzić sobie w życiu

6 godzin temu
– Uczniowie "trójkowi" musieli kombinować, negocjować, szukać wyjść z sytuacji – i te umiejętności bardzo im potem pomagają. U "najlepszych uczennic" często tego nie ma. Trudno im też przyznać przed sobą, iż czują się źle, skoro na zewnątrz uchodzą za osoby ambitne i świetnie radzące sobie ze wszystkim – mówi naTemat Agnieszka Baranowska, psycholożka i coach, która zajmuje się zjawiskiem nazwanym przez siebie syndromem dorosłej najlepszej uczennicy.


Aleksandra Tchórzewska: Zlikwidowałaby pani czerwone paski na świadectwach?


Agnieszka Baranowska, psycholog, coach ICF, założycielka "Przystani Zmiany Zawodowej": Myślę, iż nie. Sam czerwony pasek może być dla dziecka czymś bardzo satysfakcjonującym i motywującym. Bardziej chodzi o to, co my – dorośli – wokół niego budujemy.

Chciałabym, żebyśmy bardziej doceniali kreatywność, samodzielne myślenie i szukanie własnych rozwiązań, a nie tylko idealne "trafienie w klucz".

Pamiętam kolegę, który dostał jedynkę z matematyki, mimo iż dobrze rozwiązał zadanie – po prostu zrobił to inaczej, niż oczekiwał nauczyciel. Dla mnie, wtedy najlepszej uczennicy, był to wtedy bardzo mocny sygnał: nie wychylaj się, trzymaj się schematu.

Problem polega na tym, iż w dorosłym życiu często nie ma już gotowego schematu. I kiedy nagle znikają zasady, według których wcześniej funkcjonowaliśmy, wiele osób zaczyna się gubić.

Dlatego ogromnie ważna jest edukacja emocjonalna – uczenie dzieci, iż mogą próbować, popełniać błędy i szukać własnej drogi. Warto chwalić nie tylko za wynik, ale też za proces, pomysłowość czy odwagę myślenia. Takie komunikaty naprawdę pomagają budować zdrową pewność siebie.

Czyli rozumiem, iż dostanie "dwói" czy "trói" raz w roku to w gruncie rzeczy bardzo dobra lekcja?


Zdecydowanie tak. Dla dzieci, które zwykle świetnie sobie radzą, takie doświadczenia są bardzo ważne, bo uczą, iż potknięcie nie oznacza katastrofy. Dlatego tak rozwijające bywają na przykład olimpiady czy trudniejsze konkursy – tam po raz pierwszy okazuje się, iż nie zawsze jest się najlepszym.

Najważniejsze jest jednak to, jak zaopiekujemy się dzieckiem, które tej porażki doświadcza. Trzeba mu jasno zakomunikować, iż to po prostu element procesu edukacyjnego.

Ja w takich sytuacjach słyszałam raczej, iż "ktoś się nie zna na moim talencie" albo iż "następnym razem na pewno mi się uda". Nigdy nie usłyszałam, iż mogłabym się po prostu więcej nauczyć.

To paradoks, ale w tym wszystkim zabrakło podejścia rzemieślniczego. Narracja skupiała się na micie "talentu" – a talent postrzega się jako coś danego raz na zawsze, czego nie trzeba rozwijać, a jedynie nieustannie "sprawdzać".

To wielka krzywda wyrządzona tym dziewczynkom. Nie nauczyły się traktować nauki jako procesu, z którego można wyciągnąć cenne informacje o sobie, swoim sposobie pracy czy odrębności.

Przez to dorosłe "najlepsze uczennice" często nie wiedzą, kim tak naprawdę są. Zostały etykietowane jako "zdolne dzieci", które są dobre adekwatnie we wszystkim i poradziłyby sobie w każdej roli w organizacji, ale czują, iż wcale nie o to im w życiu chodzi.

Dlaczego rozmawiamy tylko o dziewczynkach? A co z chłopcami?


Skupiam się na kobietach z dwóch względów. Po pierwsze, ma to silne podłoże kulturowe. W polskiej kulturze wciąż funkcjonują przekazy kierowane do dziewczynek, iż powinny być grzeczne i dobrze się uczyć. U chłopców istnieje większe przyzwolenie na słabsze oceny, które często rekompensują sobie sukcesami sportowymi.

Liczne badania pokazują również, iż kobiety częściej wykazują mniej śmiałości w podejmowaniu ryzykownych działań zawodowych – rzadziej decydujemy się na radykalne zmiany ról czy ścieżek kariery.

Drugi powód jest taki, iż większość moich klientek to kobiety, mam więc największy wgląd właśnie w tę grupę. Nie zmienia to jednak faktu, iż wśród dorosłych mężczyzn również może pojawić się poczucie, iż choć byli najlepsi, to obecne życie nie jest do końca ich własnym.

Jak było u pani?


Byłam modelową "najlepszą uczennicą" – jako nastolatka wydałam dwie książki, brałam udział we wszystkich olimpiadach, a próbne matury pisałam na 90 proc. Tymczasem na egzaminie rozszerzonym z języka polskiego otrzymałam 50 proc.

Taki wynik zupełnie nie mieścił się w moim repertuarze dopuszczalnych zdarzeń. Otoczenie próbowało to łagodzić, mówiąc: "to tylko matura", "ktoś się pomylił", "nie docenili twojego talentu". To było ciągłe zaprzeczanie faktom.

Mój mózg, należący wtedy do 19-latki, uruchomił mechanizm wyparcia. Naprawdę zapomniałam większość tego, czego się nauczyłam, i przez kolejne dziesięć lat nie napisałam ani słowa.

Wolałam zachować w pamięci obraz siebie jako genialnej młodej autorki bez skazy porażki, choćby kosztem całkowitego porzucenia swojego potencjału pisarskiego. To pokazuje, jak bolesny potrafi być rozdźwięk między ambicjami a jednym potknięciem.

Dziś rodzice chyba robią podobnie – wciąż wmawiają dzieciom, iż są najlepsze, a "inni się nie znają". Tym samym chyba też im szkodzą?

Zdecydowanie. Wynika to pewnie z braku świadomości, choć przy dzisiejszym dostępie do informacji warto o tym mówić głośno.

Tworząc dziecku bańkę ochronną, wcale mu nie pomagamy. Powinniśmy raczej pozwolić mu próbować nowych rzeczy, by mogło poznawać siebie, sprawdzać, co mu się podoba i co naprawdę chciałoby w życiu robić.

Opisuje pani zjawisko, które nazwała pani syndromem dorosłej najlepszej uczennicy – kobiet sukcesu, które mimo kariery i osiągnięć zaczynają czuć pustkę i rozczarowanie. Dlaczego tak wiele z nich po latach dochodzi do momentu, w którym mówi: "to chyba nie jest życie, którego naprawdę chciałam"?

W szkole mamy bardzo jasny schemat: system nagradza nas za to, iż dobrze przygotujemy się z danego materiału, a później go zdamy. U "najlepszych uczennic" wykształca się tożsamość oparta na potrzebie nieustannego testowania samej siebie.

Takie osoby bywały rozczarowane, gdy zapowiedziana klasówka się nie odbywała, ponieważ nie mogły wtedy sprawdzić poziomu swojej wiedzy. Tracą zdolność samodzielnej oceny postępów – potrzebują zewnętrznej weryfikacji, by potwierdzić swój stan wiedzy.

Szkoła nagradzała je za kolejne sukcesy – im były one większe, tym lepiej. Olimpiady, wyniki matur, certyfikaty – to wszystko budowało dążenie do bycia najlepszą zarówno w ujęciu bezwzględnym, jak i na tle grupy, za co otrzymywało się kolejne dyplomy.

To konkretny schemat, który jako wzorowe uczennice wyniosłyśmy ze szkoły.

Wspomina pani, iż okolice trzydziestki są dla wielu kobiet momentem pęknięcia lub przebudzenia. Dlaczego dzieje się to właśnie wtedy, a nie na przykład w wieku 25 lat?

Wczesna dorosłość – czas po maturze i pierwsze doświadczenia zawodowe – to jeszcze moment ekscytacji. Pojawia się chęć sprawdzenia, czy wiedzę ze studiów da się wykorzystać w praktyce. Przez pierwsze lata ta energia i ciekawość bardzo pomagają – takie osoby wspinają się po kolejnych szczeblach kariery, przechodząc w korporacjach drogę od juniora, przez eksperta, aż po stanowiska menedżerskie.

W zawodach prawniczych czy lekarskich ta ścieżka jest dłuższa i bardziej wymagająca, ale mechanizm jest podobny – wciąż mamy kolejne etapy i "odznaki" do zdobycia.

Kryzys pojawia się około trzydziestki, kiedy te szczeble nagle się kończą. Z jednej strony jest stabilizacja, z której teoretycznie można by czerpać satysfakcję, ale z drugiej często pojawia się pytanie: "Czy to już wszystko?". Kobiety zaczynają się zastanawiać, czy o takim sukcesie mówili dorośli, gdy chwalili ich potencjał w dzieciństwie. I wtedy pojawia się bolesny rozdźwięk.

Jeśli mogę spytać – ile ma pani lat?


34.

Czyli u pani ten przełom również nastąpił w okolicach trzydziestki? Jak to wyglądało w pani przypadku?

Szłam bardzo klasyczną ścieżką – studia, potem prestiżowe firmy. Byłam na stażu w Rzymie, później pracowałam przy projektach związanych z Boeingiem, następnie w konsultingu, w branży IT, aż w końcu w jednej z największych organizacji rządowych w Polsce.

Z jednej strony odhaczałam kolejne szczeble kariery, ale z drugiej coraz częściej budziłam się z pytaniem: "Czy to już wszystko? Czy tak ma wyglądać moje życie?". Wchodząc w dorosłość, nie spodziewałam się, iż w wieku 30 lat będę czuła przede wszystkim ogromne rozczarowanie.

Co pani wtedy pomogło? Czy poradziła pani sobie z tym sama, czy pomogła praca nad tym zjawiskiem?


Pomogło mi doświadczenie, które dziś nazywam lekcjami, choć wtedy postrzegałam je jako porażki. Chciałam zmienić pracę, co jest typowym zachowaniem ucieczkowym – kiedy czujemy dyskomfort, próbujemy go zmniejszyć, zmieniając otoczenie, firmę czy stanowisko.

To jednak często ślepa uliczka – po krótkim zachwycie nowością wraca to samo poczucie niezadowolenia. Ja też przez to przeszłam.

W pewnym momencie trafiłam do nowej pracy, w której – mimo prestiżu i dobrych zarobków – poczułam, iż wartości tam obecne są zupełnie sprzeczne z moimi. Zrozumiałam, iż nie chcę być w środowisku, które mnie nie cieszy. Najbardziej pomogło mi nabranie dystansu i uświadomienie sobie, iż jestem kimś więcej niż tylko "zdolną dziewczynką".

Mamy więc kobietę świetnie wykształconą, z sukcesami i stabilizacją, która nagle stwierdza: "To chyba nie jest życie, którego chciałam". Skąd bierze się to poczucie pustki mimo tylu osiągnięć?

To stan, który nazwałabym "żałobą po niespełnionym potencjale". Chodzi o pewną wersję siebie obiecaną w dzieciństwie, która w dorosłym życiu nie znajduje pełnego odzwierciedlenia.

Co ważne, to spełnienie nie zależy od zewnętrznych atrybutów – pozycji zawodowej czy uznania innych.

Tu pojawia się paradoks: te kobiety słyszą od otoczenia "masz świetną pracę, chciałabym być na twoim miejscu", a jednocześnie wewnętrznie czują, iż to nie jest szczyt ich możliwości. Wiedzą, iż mają w sobie potencjał do czegoś więcej niż tylko wspinanie się po szczeblach kariery. Ten dysonans narasta i prowadzi do poczucia samotności, bo otoczenie często nie rozumie ich wewnętrznego doświadczenia.

Ktoś mógłby powiedzieć: "W czym problem? Ma 30 lat, całe życie przed sobą, niech po prostu robi więcej". Co te kobiety tak naprawdę blokuje?

Często słyszą takie rady: "Zmień pracę, zacznij coś nowego, to żaden problem". Trudność polega jednak na tym, iż one nie mają dostępu do alternatywnych obrazów siebie.

Przez lata budowały tożsamość wokół konkretnej ścieżki – lekarki, prawniczki czy wysokiej klasy specjalistki. Wyobrażenie sobie innej drogi oznaczałoby zaczynanie od zera i przyznanie się do błędu, co jest odbierane jako porażka. A one nie uczyły się w dzieciństwie przegrywać.

Uczniowie "trójkowi" musieli kombinować, negocjować, szukać wyjść z sytuacji – i te umiejętności bardzo im potem pomagają. U "najlepszych uczennic" często tego nie ma.

Trudno im też przyznać przed sobą, iż czują się źle, skoro na zewnątrz uchodzą za osoby ambitne i świetnie radzące sobie ze wszystkim. To kobiety bardzo inteligentne, które chłoną wiedzę rozwojową, słuchają podcastów, ale często pozostają na poziomie intelektualizowania emocji.

Potrafią analizować krytykę czy porażkę, rozkładać je na czynniki pierwsze i planować działania, ale nie mają dostępu do tego, co dzieje się "pod spodem". Nie widzą, jak mocno porażka uderza w ich obraz bycia idealną. Żyją w ciągłym napięciu, które nie znajduje ujścia.

Boją się, iż przestaną być idealne?


Boją się, iż ich rzeczywisty stan przestanie być spójny z obrazem, który na ich temat zbudowało sobie otoczenie.

Dalsza część tekstu poniżej


Czy syndrom najlepszej uczennicy to coś zbliżonego do perfekcjonizmu?


Powiedziałabym, iż perfekcjonizm to tylko jeden z elementów tego zjawiska. Syndrom najlepszej uczennicy to znacznie szerszy wzorzec społeczno-psychologiczny, który bierze swój początek w dzieciństwie. Dotyczy osób, które uzależniły poczucie własnej wartości od wyników, ocen oraz bycia kompetentną i bezproblemową.

Perfekcjonizm opisuje głównie sposób działania – potrzebę robienia wszystkiego idealnie. W tym syndromie dotykamy głębszego poziomu: tożsamości i relacji z samą sobą. Takie osoby często nie potrafią odpoczywać bez poczucia winy, mają trudność z proszeniem o pomoc, a ich codzienność paraliżuje strach przed rozczarowaniem innych.

To widmo rozczarowania otoczenia jest ogromną blokadą. Miałam klientkę, doktorantkę fizyki, która wybrała ten kierunek nie z pasji, ale dlatego, iż był najtrudniejszy – chciała się sprawdzić. Gdy pojawiła się w niej myśl o zmianie branży, bo nauka przestała ją satysfakcjonować, pierwszą reakcją był lęk, iż zawiedzie rodzinę, profesorów i wszystkich wokół.

To zjawisko jest więc znacznie szersze, a słowo "perfekcjonizm" nie oddaje ciężaru emocjonalnego, który mu towarzyszy.

Wspomina pani o lęku przed zawiedzeniem innych. W pani materiałach czytałam też, iż kobiety sukcesu często mają poczucie, iż zaraz ktoś je "zdemaskuje" i odkryje, iż wcale nie są tak kompetentne. Co się wtedy w ich mniemaniu stanie? Ludzie odkryją, iż nie są idealne – i co z tego?

W praktyce do takich sytuacji rzadko dochodzi, ponieważ te osoby mają bardzo silne mechanizmy obronne. Choć w dorosłości nie ma już obok nich rodziców, którzy powtarzaliby im, jakie są zdolne, one same przejęły tę rolę i narzucają sobie ten przekaz.

W efekcie życie przemyka im koło nosa – nie podejmują ryzyka, nie próbują ponownie po porażce i unikają sytuacji, w których ich kompetencje mogłyby zostać poddane ocenie. Ryzyko "potknięcia się" jest więc niskie, ale gdy już do niego dochodzi, pojawia się duży rozdźwięk między ich obrazem siebie a rzeczywistością.

Napisała pani w swoim materiale, iż kobiety te cierpią na zardzewienie. Co to adekwatnie oznacza?


Szukałam określenia innego niż wypalenie zawodowe. Kobiety przychodzące na konsultacje często nie potrafiły zdefiniować swojego stanu. Mówiły o "zatrzymaniu", o tym, iż czują się jakby zamrożone. Swoją satysfakcję zawodową oceniały na 5–6 w skali od 1 do 10 – czyli "jest okej", ale bez poczucia spełnienia.

Termin "wypalenie" nie do końca tu pasuje, bo wiąże się z brakiem zasobów psychicznych i fizycznych. W "zardzewieniu" zasoby poznawcze są przez cały czas wysokie – te kobiety chcą działać, analizować, zmieniać coś, ale nie wiedzą jak albo nie mają przestrzeni.

Używając metafory baku: w wypaleniu nie ma paliwa. W zardzewieniu bak jest pełny, ale paliwo stoi niewykorzystane i "stagnuje". Te kobiety nie pracują ponad siły, często dbają o balans, ale nie używają swojego potencjału. Przez to czują się zgaszone.

I wspomniała pani wcześniej, iż również samotne.

Tak, ta samotność ma dwa oblicza. Z jednej strony wynika z braku zrozumienia otoczenia – na zewnątrz te kobiety funkcjonują bez zarzutu, zawsze "dowożą" zadania.

Z drugiej strony napięcie wewnętrzne jest tak duże, iż czasem prowadzi do kryzysu. Objawia się to na przykład ucieczką w zwolnienia lekarskie.

Dopiero wtedy te kobiety dają sobie przestrzeń na odpoczynek i zaczynają zadawać pytanie, kim adekwatnie są. Często dzieje się to po "odhaczeniu" ważnych życiowych etapów – prestiżowej pracy czy macierzyństwa – kiedy wracają do kwestii własnej tożsamości.

Czy te kobiety chcą, by ich dzieci powtórzyły ich drogę, miały czerwone paski na świadectwach i były najlepsze? Czy wręcz przeciwnie?

Istnieje ryzyko popadnięcia w skrajność. Gdy zrozumiemy, jak destrukcyjna może być tożsamość "najlepszej uczennicy", możemy zacząć całkowicie tłumić w dziecku ambicję czy chęć rywalizacji, a przecież one są potrzebne do zdrowego rozwoju.

W procesach, które prowadzę, częściej zadajemy sobie pytania: jak chcesz, by twoje dziecko cię postrzegało? Jaki przykład chcesz mu dawać? Dzieci uczą się przez obserwację i wyczuwają emocje lepiej niż dorośli. Widzą matkę, która nosi maskę, ale w środku jest głęboko niezadowolona ze swojego życia.

Wspomniała pani, iż otoczenie często nie rozumie tego problemu. Co taka kobieta ma odpowiedzieć, gdy słyszy: "Przecież masz wszystko, o czym można marzyć, inni mają gorzej. Czego jeszcze chcesz? Po co się czepiasz?". Czy ona w ogóle musi się z tego tłumaczyć? A jeżeli tak, to w jaki sposób?

To sprowadza się do usłyszenia i wzmocnienia własnego wewnętrznego głosu. Z mojej praktyki wynika, iż te osoby często nie mają pewności, czy potrafią podjąć dla siebie dobrą decyzję. Wcześniej polegały na wskazówkach innych: skoro miałaś dobre oceny z matematyki, powinnaś iść na politechnikę; skoro przełożony widzi cię w tej roli, to ją bierz. Ich wewnętrzny głos został przytłumiony.

W efekcie każdy "atak" czy uwaga z zewnątrz sprawiają, iż zaczynają wątpić we własne odczucia. Myślą: "Może inni mają rację, może powinnam być wdzięczna?". To pierwszy etap – kwestionowanie siebie. Na sesjach uczymy się wracać do tej "wewnętrznej dziewczynki", by odróżnić myśli narzucone i zinternalizowane w ciągu życia od tych, które są naprawdę ich własne. Trzeba sobie uświadomić, iż nikt z otoczenia nie wie lepiej, jaki jest nasz realny stan emocjonalny.

Co jest najtrudniejsze w budowaniu nowej tożsamości po tylu latach?


Kontakt z własną bezradnością, smutkiem czy złością. Dla tych kobiet są to uczucia obce i zawstydzające. Musimy najpierw przebić się przez ten wstyd i zrozumieć, skąd się bierze. Pierwszym krokiem nie jest jednak głęboka analiza, ale nauka zauważania sygnałów z ciała: co teraz czuję, gdzie to czuję, co mnie zabolało.

Im bardziej te kobiety intelektualizują swój stan, tym mniejszy mają kontakt ze sobą. Muszą przestać "wiedzieć", co się dzieje, a zacząć czuć: "to mnie po prostu boli".

Czy kobiety, które do pani przychodzą, wiedzą, z jakim problemem się zmagają? Czy to pani odkrywa przed nimi karty? A może zgłaszają się z zupełnie czymś innym?

Najczęściej przychodzą z poczuciem, iż chcą coś zmienić, ale nie wiedzą co. To jest ich główny mianownik. Drugim elementem jest trudność w nazwaniu własnych kompetencji. Widzą je w CV jako ogólne hasła: komunikatywność, praca zespołowa, dobra organizacja. Nie potrafią jednak zobaczyć, co w tych umiejętnościach czyni je wyjątkowymi. Wydaje im się, iż to coś, co ma każdy.

Dlatego na sesjach wykonujemy bardzo szczegółową pracę. Pytanie o to, co chcą robić przez kolejne dziesięć lat, jest adekwatnie ostatnim etapem procesu. Wcześniej rozkładamy ich talenty na czynniki pierwsze. jeżeli ktoś mówi, iż "ma łatwość w rozmawianiu z ludźmi", drążymy: co to dokładnie znaczy, jak to robi? Rozbijamy to na konkretne zachowania.

Pokazanie, iż za ogólnym hasłem stoi unikatowy zestaw działań, jest dla nich prawdziwym przełomem. Wtedy widzą, iż to, co uważały za oczywiste, jest ich realnym kapitałem.

Ile trwa taki proces przemiany?


Pracuję z kobietami zwykle około trzech miesięcy. Są one ustrukturyzowane i mają konkretną tematykę oraz cel kontraktowany na początku. To minimalny czas, bo zmiana sposobu myślenia wymaga praktyki.

Samo uświadomienie sobie czegoś nie wystarczy. jeżeli powiem: "masz talenty", a klientka tylko przytaknie, jej mózg i tak będzie to sabotował. Musimy dowieść tego w działaniu. Dlatego między sesjami wykonują pracę własną, np. prowadzą dzienniczek, który daje im konkretne dowody zmiany.

To bardzo satysfakcjonujące, gdy po kilku tygodniach mówią: "w końcu słyszę swój własny głos" albo "zrobiłam coś inaczej i to było dobre". Schodzą z autopilota i zaczynają dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe. Dzięki temu, iż są inteligentne i ambitne, ta praca gwałtownie przynosi efekty i jest dla nich bardzo zadowalająca.

Dlaczego nie doradza im pani po prostu, żeby rzuciły korporację, wyjechały w Bieszczady albo zajęły się, powiedzmy, kaletnictwem?

Po pierwsze, nie pozwala mi na to etyka zawodowa psychologa i coacha. W toku pracy utwierdziłam się w przekonaniu, iż tylko my sami jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, co naprawdę chcemy robić. Nikt inny nie odkryje tego za nas.

Praca coachingowa, polegająca na zadawaniu pytań, jest o tyle cenna, iż pozwala osobie sięgnąć do własnych zasobów. Klientka przeformułowuje swoje myśli w czasie rzeczywistym i dochodzi do wniosków, do których ja – mając tylko fragment jej historii – nigdy bym nie dotarła.

Jak wygląda rzeczywistość po wyjściu z tej pułapki? Co się zmienia w życiu kobiety, gdy już zbuduje nową tożsamość i z jakim feedbackiem do pani wracają?

Przede wszystkim odzyskują sprawczość. Zaczynają podejmować własne decyzje i, co ważne, potrafią je same przed sobą uzasadnić. To duży przeskok. Ten proces nie kończy się na planie zawodowym – to raczej początek dojrzałego życia, zarówno zawodowego, jak i osobistego, bo te sfery się przenikają.

Kobiety zyskują pewność siebie, by żyć w zgodzie ze sobą, a nie z cudzymi oczekiwaniami. Historie zmian są bardzo indywidualne, ale łączy je to, iż te osoby wychodzą z nową wiedzą o sobie – nie z poradników, tylko z doświadczenia. To, co wcześniej było balastem, staje się ich siłą.

Widzę to w konkretnych historiach. Jedna z klientek, będąc w trakcie doktoratu z fizyki, zdecydowała się go dokończyć, ale po obronie przeszła do IT na poziom juniorski. Pracowałyśmy nad tym, jak odnajdzie się w roli początkującej i jak poradzi sobie z reakcjami otoczenia. Dziś ma narzędzia, by funkcjonować w nowym środowisku.

Była też najmłodsza menedżerka w historii firmy, która po szybkim awansie doświadczyła wypalenia zakończonego rocznym zwolnieniem lekarskim. Pracowałyśmy nad tym, by mogła wrócić do pracy bez poczucia porażki – i by przestała dążyć do kolejnych awansów za wszelką cenę.

Z kolei specjalistka od analizy danych odkryła, iż jej pasją są rośliny. Zmieniła kierunek i kilka miesięcy po zakończeniu pracy napisała, iż zatrudniła się w szklarni, do której jako dziecko chodziła z ojcem.

To są historie, które pokazują kierunek zmiany, ale nie da się ich kopiować. Każda osoba musi dojść do własnej odpowiedzi.

A czy w pani wciąż odzywa się wewnętrzny krytyk? Budzi się jeszcze czasem?


Myślę, iż tego nie da się całkowicie wyeliminować i nie ma sensu "wylewać dziecka z kąpielą". W pracy z klientkami chodzi raczej o to, żeby schematy z dzieciństwa stały się wspierające, a nie blokujące.

Możemy wykorzystać ambicję, którą te kobiety mają. One zwykle nie chcą słyszeć, żeby zwolniły czy odpoczęły – one chcą skierować swoją energię w stronę rozwoju, ale w sposób, który im służy.

To jest możliwe, o ile rozumiemy, jak wygląda prawdziwy rozwój. Zawsze wiąże się on z dyskomfortem. Wiele z tych kobiet nigdy go wcześniej nie doświadczało, bo większość rzeczy przychodziła im łatwo.

Największą barierą jest więc wejście w coś nowego – coś, co ekscytuje, ale jednocześnie wymaga bycia początkującą i daje przyzwolenie na błędy.

Idź do oryginalnego materiału